en

Poznawanie Nieba cz.1 - Victor Lorezno, Ana Mendez Ferrell

Od tamtego czasu pamiętam, że prawdziwe miejsce, w którym mamy być, miejsce, w którym mamy otrzymywać wskazówki, gdzie mamy słyszeć Jego głos, miejsce, gdzie dostajemy wizję tego, co mamy robić – to Niebo.Czasami Bóg musi użyć różnych środków komunikacji z nami, bo nie jesteśmy gotowi. Jesteśmy zbyt świadomi ograniczeń czasu i przestrzeni, więc używa snów i wizji, ale są inne opcje. Tu chodzi o proces wzrostu i dojrzałości. Wydaje nam się, że pomiędzy niebem, a ziemią jest niewyobrażalna przepaść, dystans. Mamy wrażenie dystansu w przestrzeni i czasie. (...) Kiedy dochodzisz do wieczności, zaczynasz rozumieć, że to nie jest kwestia wymiaru. Znajdujemy się tutaj, w dniu 18 lutego 2014, a jednocześnie żyjemy w wieczności – i ona może w nas rosnąć, bo zgromadziliśmy się tu w Jego Imię i tu jest Jego Obecność. Jesteśmy przenikani wiecznością. Kiedy wchodzimy i stajemy się jednym z Chrystusem, zasiadamy z Nim w okręgach niebieskich – i w jedną chwilę możemy znaleźć się faktycznie tam. Zdajesz sobie wówczas sprawę, że czekanie na Niego na modlitwie, nigdy nie jest stratą czasu. 

[Victor opowiada o czasie, gdy był dzieckiem. Był wychowywany w rodzinie pastorów i miał głód poznania Boga. Mając szczere i proste dziecięce podejście, na modlitwach zaczął często mieć wizje nieba. W którymś momencie zaczął się modlić, specjalnie przygotowując się do tego doświadczenia, wybierając sobie nawet specjalną koszulę modlitewną...]

...Ta koszula była śnieżnobiała. I zacząłem pewien cykl – co poniedziałek o 9 rano zakładałem moją białą koszulę i szedłem do kościoła, zamykałem drzwi i spędzałem tam około 45 minut sam. Moi rodzice się mnie spytali: „Co tam robisz?” i moja mama twierdzi, że odpowiedziałem coś w stylu: „To nie wasza sprawa”. I tak to wszystko trwało około półtora roku, tak do dwóch lat. Potem te doświadczenia zatarły się w mojej pamięci. Rutyna i praktyki kościelne, szczególnie w środowisku konserwatywnym, zaczęły we mnie powoli zabijać to pragnienie rzeczy ponadnaturalnych. Ale cały czas pamiętam niektóre z nich.
Raz zostałem przeniesiony w chwilę ukrzyżowania. Znalazłem się przy krzyżu. I jedną z rzeczy, którą zobaczyłem, to była obecność ciemności, wszystkich demonów dookoła. Ta wizja była przerażająca, ale w trakcie jej trwania zwróciłem moje oczy na Jezusa i zobaczyłem światło, które wydobywało się z Niego. Im więcej na Niego patrzyłem, tym więcej tego światła spływało na mnie. Tę wizję miałem jak byłem bardzo mały, miałem może 3 lata. To światło zaczęło mnie oświetlać, zaczęło przenikać moje ciało i stało się częścią mnie. A potem nie tylko mnie przenikało, zaczęło też ze mnie emanować pośród całej tej ciemności. Temu światłu towarzyszyło uczucie absolutnej mocy. Wiecie jak dziecko zwykle postrzega ciemność i jak się jej boi. A ja, po tej wizji, już nigdy więcej nie bałem się ciemności. Całkiem przeciwnie, zacząłem lubić ciemność.Bo to właśnie w ciemności mamy sprawiać, że zaświeci światło! Dlatego lubię walkę duchową... :)

Potem, jak wspominałem wcześniej, te doświadczenia straciłem na wiele lat. Przyszły lata nastoletniego buntu - lecz przez całą serię różnych wydarzeń, w końcu do nich wróciłem.

Kiedy się ożeniłem i mój syn miał 3 i pół roku, od czasu do czasu miałem zwyczaj mieć w domu intymny czas z Panem, czas uwielbienia. Nikt nie mógł wtedy puszczać muzyki, zamykałem drzwi, a dzieci miały powiedziane, żeby mi nie przeszkadzać.

Któregoś razu, gdy miałem czas uwielbienia, puściłem taką piosenkę: „Zabierz mnie głębiej do Miejsca Najświętszego, Zabierz mnie tam, przez krew baranka”. Właśnie tam chciałem wejść. Piosenka była po angielsku. Jakoś w jej połowie zacząłem naprawdę silnie odczuwać Bożą obecność i nagle mój 3-letni syn wpada do pokoju krzycząc: „Tato! Tato!”. Nie byłem zbyt szczęśliwy… Trochę go obsztorcowałem i powiedziałem, że mi przeszkadza. A on odpowiedział: „Tak, wiem, tatusiu!” :) Więc pytam się, czemu to robi, a on mi mówi: „Mam ci coś ważnego do powiedzenia!”. Pytam się, co to takiego, a on odpowiada: „Chciałem powiedzieć, że wczoraj w nocy byłem tam, w miejscu, o którym mówi ta piosenka”. Spojrzałem na niego, myśląc trzeźwo, w normalny sposób. On nie znał angielskiego, skąd wie, o czym śpiewają? Pytam więc: „Co masz na myśli? Gdzie byłeś wczoraj?” A on mi mówi: „Poszliśmy tam – na górę, do nieba. I potem uwielbialiśmy. A potem zeszliśmy na dół”. Więc myślę sobie „ok?!” i pytam:
 „Poszedłeś do nieba?” 
„Tak, tato! Ale nie poszedłem tam sam”. 
„To z kim poszedłeś?”
„Poszedłem tam z dwoma aniołami”… I wybiegł z pokoju.

A ja zostałem tam i siedzę wkurzony i poniżony. Pytam się: „Panie! Co tu się dzieje?” i usłyszałem: „Victor, coś zostało ci skradzione i odzyskasz to tylko wtedy, gdy staniesz się jak dziecko. Musisz odzyskać tę niewinność pierwszej miłości”. Pan się mnie spytał: „Pamiętasz jak to było, kiedy byłeś dzieckiem?” Odpowiedziałem: „Tak!”, a Bóg mówi: „Zawołaj Gonzalo jeszcze raz i spytaj się go, jak dostał się do nieba”. Zawołałem więc mojego syna – „Gonzalo, choć tutaj” - i mówię: „Powiedziałeś, że poszedłeś do nieba. Jak poszedłeś do nieba?” Syn popatrzył na mnie jak na ignoranta i odpowiada: „Po schodach, tato. Jak inaczej można wejść do nieba? Po schodach!” Przypomniał mi się sen Jakuba i drabina. Wtedy zaczęła się moja przemiana i przestałem myśleć, że to, co robiłem w tym pokoju, to było [prawdziwe] uwielbienie - tylko taka modlitwa przy muzyce chrześcijańskiej. Zacząłem na nowo rozumieć, że niebo to zupełnie inna rzeczywistość.

Dwa dni później mój syn, Gonzalo, zaczął chodzić w naprawdę złym humorze. Rano, kiedy mieliśmy śniadanie, moja żona Sylwia spytała się go, czemu ma taki humor i w końcu nasz syn nam odpowiedział: „Jestem zły, bo jestem tutaj. Wczoraj powiedziałem Bogu, że chcę zostać z Nim”. Sylwia mówi mu: „Ale nie chcesz być z mamą i tatą? Nie kochasz nas?” A on: „Tak! Kocham was! Ale Boga kocham bardziej niż was". Wtedy zaczęliśmy myśleć, że Bóg nas przygotowuje na to, że Gonzalo umrze. Wiecie, to normalne w takich przypadkach. Co rano dzieciak budził się, mając nadzieję, że już go nie będzie w tym domu. To było dla niego frustrujące – „dlaczego jestem tutaj, kiedy lepiej jest tam?”. To było szczególnie ciężkie dla Sylwii, mi jakoś łatwiej było powiedzieć: „Panie! Niech się dzieje, co Ty chcesz!”. Sylwia z tym walczyła. I w końcu po 15 dniach, którejś nocy, około 3.30 nad ranem, Gonzalo przyszedł do nas do łóżka, obudził Sylwię i mówi: „Mamusiu! Mamusiu! Bóg kazał powiedzieć ci, że to jeszcze nie jest mój czas, więc masz się przestać martwić.” I wrócił do swojego łóżka, położył się spać.


Od tamtego czasu pamiętam, że prawdziwe miejsce, w którym mamy być, miejsce, w którym mamy otrzymywać wskazówki, gdzie mamy słyszeć Jego głos, miejsce, gdzie dostajemy wizję tego, co mamy robić – to Niebo.

Czasami Bóg musi użyć różnych środków komunikacji z nami, bo nie jesteśmy gotowi. Jesteśmy zbyt świadomi ograniczeń czasu i przestrzeni, więc używa snów i krótkich wizji, ale są inne opcje. Tu chodzi o proces wzrostu i dojrzałości. Wydaje nam się, że pomiędzy niebem, a ziemią jest niewyobrażalna przepaść, dystans. Mamy wrażenie dystansu w przestrzeni i czasie.

Nawet naukowcy zaczęli tłumaczyć zagadnienia wymiarów i portali do innych wymiarów. Są ludzie, którzy mają podobne doświadczenia ciemności… Anita (Ana Mendez) może coś na ten temat wiedzieć, ale nie będziemy się w to zagłębiać, w te doświadczenia ze starego życia... [śmiech] ;) Lepsze są doświadczenia nieba!
Kiedy ludzie mają to doświadczenie, są tak jakby przeniesieni do innego miejsca. Kiedy to się dzieje, wchodzisz w doświadczenie wieczności, gdzie wszelkie ograniczenia czasu i przestrzeni znikają. Możesz też podróżować w czasie i to nie jest po prostu tak, jakbyś oglądał telewizję.
Miałem takie doświadczenie w Argentynie. W czasie głębokiej modlitwy z kościołem, nagle znalazłem się w innym miejscu – zobaczyłem, że wychodzę ze stacji metra. Był to deszczowy dzień. Byłem trochę zgubiony i nie wiedziałem, gdzie jestem. Szukałem wskazówek. Rozejrzałem się i dzięki temu, co widziałem, wiedziałem, że jestem w Londynie. Podszedł do mnie wysoki mężczyzna w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym i spytał się mnie, czy zgubiłem drogę. Odpowiedziałem mu: „Tak! Zgubiłem się!”. Spytał: „A dokąd pan idzie?”. Powiedziałem: „Chciałem dojść do Centralnej Loży Wolnomularstwa (Masonerii)”. Odpowiedział: „O, to bardzo blisko!” i wskazał mi drogę. Kiedy tam doszedłem, przyjął mnie jeden człowiek i spytał, czy chcę zwiedzić to miejsce. Pokazał mi cały budynek. W jednej sali znajdował się tron wielkiego mistrza masonów i mój przewodnik się spytał czy chcę na nim usiąść – odpowiedziałem: „Tak! Czemu nie?!”. Usiadłem na nim, a Bóg dał mi słowo do ogłoszenia. Zrobiłem deklarację proroczą, a następną rzeczą jaką pamiętam było to, że znalazłem się znów w Argentynie. Potem wiele rzeczy działo się w Argentynie, ale po kilku latach pojechałem do Londynu po raz pierwszy [fizycznie]. Ktoś zorganizował mi wizytę w Centralnej Loży. To był deszczowy dzień. Pojechałem tam metrem i wysiadłem na takiej samej stacji. Nie mogłem znaleźć drogi. Padał deszcz. Podszedł do mnie mężczyzna w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym. Spytał się: „Czy pan się zgubił?”. Potwierdziłem. „A dokąd pan idzie?” Powiedziałem, że do Centralnej Loży i dostałem od niego wskazówki. Idę tam, a miejsce wyglądało na trochę zmienione. Wchodzę, podchodzę do stołu, a za nim siedzi ten sam stary człowiek, który był moim przewodnikiem [w wizji]. Spojrzał na mnie i mówi: „Pan jest z Argentyny! Pan już tu był jakiś czas temu.” Ok! Zabrzmiało to trochę dziwnie! I ta wizyta przebiegła dokładnie tak samo jak ta sprzed 7 lat (pan tylko powiedział, że nie jest pewien, czy znowu można będzie wejść do sali z tronem).
Więc jakie są ograniczenia dla nas, którzy w Chrystusie jesteśmy wieczni? I w którym wymiarze zamierzasz żyć?

Czy to są doświadczenia dla jednej osoby? Niekoniecznie. Miałem takie sytuacje, że z niektórymi ludźmi spotykaliśmy się po raz pierwszy i mieliśmy wrażenie, że to nie pierwszy raz. Wiedzieliśmy o sobie pewne rzeczy. To było dziwne. Nie potrafiliśmy zrozumieć, gdzie spotkaliśmy się wcześniej, ale byliśmy pewni, że już się znamy. I to była ciągłość, kontynuowanie, a nie zaczynanie znajomości. Czasami masz takie wrażenia, których nie umiesz zrozumieć, ale biorą się one stąd, że jesteś częścią Boga. Ponieważ pochodzisz od Niego, możesz mieć wrażenie, że byłeś już w jakimś miejscu dawno temu.
Byłem kiedyś w Czechach i jechaliśmy zwiedzać klasztor na pewnej górze. W którymś momencie mój kierowca zgubił drogę. W chwili, gdy powiedział: „Zgubiłem drogę”, coś się we mnie poruszyło. Zacząłem dawać mu wskazówki – „Jedź tam”, „Skręć w lewo”, „Teraz w prawo”. Dojechaliśmy na miejsce, a ja wiedziałem dokąd iść i gdzie co jest. Mój kierowca dziwi się i mówi: „Już tu kiedyś byłeś!” A ja na to: „Hm. Nie!” – „To skąd to wszystko wiesz?”. Odpowiedziałem: „Słuchaj! Nie chce tego zbyt głęboko tłumaczyć, ale - wiem tyle - dlatego, że Bóg tu pewnie był dawno dawno temu – a ja pewnie byłem wtedy w Nim”.


Kiedy Bóg wkłada w ciebie objawienie, które naprawdę pochodzi od Niego – to jest objawienie i doświadczenie wieczności. Więc kiedy przychodzę do Jezusa Chrystusa i kiedy zaczynam z Nim żyć w duchu, to natychmiast dostaję zdolność poruszania się w dwóch wymiarach – jestem tu, w ciele, ale jestem też w duchu – a mówiąc w duchu, mam na myśli w niebie. I mogę być tam natychmiast, od tak. O tym właśnie mówił Paweł – powiedział: „Zasiadamy z Nim w okręgach niebieskich” (Efezjan 2:6). On nie mówi o jakiejś idei. Mówił o doświadczeniu, które miał. Znalazł się z Nim w niebiosach. I to jest jeszcze wspaniałe - że to nie jest liczba pojedyncza, ale – niebiosa – to liczba mnoga. To mówi o różnorodnych doświadczeniach. W tej różnorodności Bóg daje nam przesłania. To przesłanie daje cel. Kiedy staje się częścią mnie i zaczynam je objawiać, to przynoszę wieczność do wymiaru czasu i przestrzeni. Wtedy znikają wszystkie ograniczenia do zmian i transformacji. Rzeczy i czas są przyspieszane. To jest najlepsza modlitwa. Nie ma ograniczeń! Stamtąd rządzisz. Tu nie chodzi o to, że po prostu odbijasz światło – to światło staje się częścią ciebie. Jesteśmy dziećmi światła.
O tych doświadczeniach, w tym wymiarze Jezus powiedział do Nikodema – jeśli się nie narodzisz na nowo z wody i z ducha, to nie wejdziesz do Królestwa Bożego. I potem mówi coś dziwnego – duchowy człowiek (mężczyzna czy kobieta) jest jak wiatr – nikt cię nie widzi, nikt nie wie skąd idziesz i dokąd zmierzasz. Stajesz się nieprzewidywalny. Ludzie nie mogą cię wpakować w ramki. Ludzie nie mogą cię zablokować w działaniu. W tym wymiarze stajesz się uczestnikiem Bożej mocy, która nie może być kontrolowana. Przychodzi całkowita wolność. Ale ta wolność to nie jest czynienie tego, co ty chcesz – wolność to jest stać się jednością z naturą, celem i wolą Bożą. 

To jest ta nasza podróż do miejsca, z którego pochodzimy. Urodziłem się w ciele, pochodzę z mężczyzny i kobiety, których nazywam tatą i mamą, ale myślę, że w Bogu są oni moimi braćmi. W duchu, kiedy idziesz do nieba, każdy obraz ludzi, którzy byli dla ciebie ojcami czy matkami, znika i pozostaje tylko sam Bóg. To jest to prawdziwe łono, z którego pochodzisz. To jest chwała – niezwykłe rzeczy, które się dzieją pośród Jego obecności. I wiesz, że należysz do tej wieczności. Zostałeś stworzony w Nim przed założeniem świata. Im więcej tego doświadczasz, tym bardziej się w tobie zaciera doświadczenie rzeczy ziemskich.


Kiedy usłyszałem jak mój syn, Gonzalo, mówił o tych sprawach, że „on nie chce tu [na Ziemi] być", zacząłem rozumieć Pawła. Kiedy byłem nastolatkiem, myślałem, że popadł on w przesadę, w nihilizm. Mówił, że chciałby umrzeć i być z Panem, bo to daleko lepiej, śmierć jest zyskiem – a ja sobie myślałem, że nie chcę umierać. Ja lubię żyć. Ale potem rozumiesz, że znajdujesz się w tym niszczejącym ciele, ale twoje wnętrze odnawia się dzień po dniu! Któregoś dnia wędrówka naszego ciała dobiegnie końca. I czasem sobie myślę, że byłoby fantastycznie, gdybym nie umarł. Gdyby Bóg mnie zabrał jak Eliasza lub Mojżesza. Zrobił coś. Ale odkryłem, że czasem źle rozumiemy rzeczy, które są w Biblii, bo rozumiemy je w czasie i przestrzeni, i dokonujemy głupich interpretacji. Eschatologia na przykład dokonuje najgłupszych z interpretacji. Kiedy dochodzisz do wieczności, zaczynasz rozumieć, że to nie jest kwestia wymiaru i czasu. Znajdujemy się tutaj, w dniu 18 II 2014, a jednocześnie żyjemy w wieczności – i ona może w nas rosnąć, bo zgromadziliśmy się tu w Jego Imię i tu jest Jego Obecność. Jesteśmy przenikani wiecznością. Kiedy wchodzimy i stajemy się jednym z Chrystusem, zasiadamy z Nim w okręgach niebieskich – i w jedną chwilę możemy znaleźć się faktycznie tam. Zdajesz sobie wówczas sprawę, że czekanie na Niego na modlitwie, nigdy nie jest stratą czasu.
(…)

źródło: głoszenie wspólne Any i Victora "Getting to Know Heaven" z warsztatów z Konstanz, luty 2014 r.

Udostępnij

Podążaj za nami na Facebook'u