en

Wyższe poziomy walki - Rozdział 2

Kim jest Ana Mendez? Świadectwo uwolnienia z czarów

„…wszystko jest możliwe dla wierzącego” (Mk 9:23)

To jest świadectwo tego, jak Bóg uratował mnie od bycia kapłanką voo-doo i powołał do swojej służby.

Miałam osiemnaście lat, kiedy Jezus osobiście zjawił się w moim pokoju. To była pora deszczowa, więc nocne niebo było zachmurzone. Przebywałam w mojej sypialni, przygotowując się do egzaminu końcowego, kiedy coś przeszkodziło mi w nauce. Zaczęłam odczuwać jak jakaś niesamowicie potężna moc ciągnie mnie w kierunku okna. Przepełniona ciekawością podeszłam, próbując zobaczyć siłę, która mnie przywoływała.

Ku memu zdumieniu, zobaczyłam pośród chmur ogromne, jasno świecące światło. Przypominało to gigantyczną gwiazdę, coś, czego nigdy w życiu nie widziałam. Czekałam kilka minut, próbując odgadnąć, co to może być, kiedy nagle to intensywne światło oderwało się od gwiazdy, przebiło przez moje okno i wypełniło pokój olśniewającym blaskiem.

Jak martwa padłam na podłogę, nie będąc w stanie podnieść twarzy ani poruszyć jakąkolwiek częścią ciała; nie mogłam powstrzymać łez płynących mi z oczu, moje serce nie mogło pojąć nasycenia miłością, której nie można opisać, i nieskończoną dobrocią. Dziwna mieszanina uczuć kotłowała się wewnątrz mnie. Czułam się brudna i nic nieznacząca, a jednocześnie czułam się najszczęśliwszą osobą we wszechświecie.

Przestałam widzieć to, co mnie otaczało. Znalazłam się w cudownej ekstazie, nie rozumiałam, co się działo, ale moje oczy zobaczyły Pana ‒ Jezusa w całym Jego majestacie! Byłam zanurzona w Bożej mądrości i miłości. Podczas tego doświadczenia widziałam, jak współistnieje cała wiedza i jak jest objawiana. Nic nie było przede mną zakryte.

Niezgrabnie pisałam na kawałku papieru, co Pan do mnie mówił. Nie wiem, ile godzin minęło. Stopniowo wizja zaczęła znikać. Ocknęłam się na podłodze, zalana łzami, trzymając w ręku kawałek papieru, na którym było napisane: „Ja jestem twój Pan, Jezus Chrystus. Przychodzę, powiedzieć ci, że przyjdzie czas, w którym dam ci się poznać. Będziesz moim sługą, a przyjdę do ciebie przez człowieka o niebieskich oczach.”

Od tamtej chwili głęboko zakochałam się w Jezusie. Rozpoczęło się desperackie poszukiwanie Boga i sposobu, by Mu służyć. W tym czasie w Meksyku, gdzie dorastałam, nikt nie słyszał ‒ przynajmniej w moim środowisku ‒ o wolnych kościołach chrześcijańskich. Zostałam wychowana jako katoliczka, więc zaczęłam moje poszukiwania w jedynym miejscu, które mi przyszło na myśl ‒ w kościele rzymskokatolickim.

Wkrótce po moim spotkaniu z Jezusem, w roku 1974, wyjechałam do Francji, aby tam zamieszkać. Przebywając w tym kraju, zdecydowałam, że będę uczestniczyć we mszy i przyjmować komunię każdego dnia. W ten sposób minęły dwa lata bez śladu najmniejszej manifestacji Jego obecności.

Pamiętam jak chodziłam po parku i mówiłam ludziom, jak ważne jest szukanie Jezusa, ponieważ On jest naszym Zbawicielem. Z tego powodu ciągle byłam upokarzana i znieważana, ale wiedziałam, że znalazłam prawdę i że świat musi tę prawdę poznać. Nie mówiłam o potrzebie czytania Biblii, ponieważ sama potrzeby tej nie rozumiałam. W krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie się wychowałam, czytanie Pisma Świętego było zabronione dla wszystkich ‒ z wyjątkiem księży.

Prześladowania ze strony ludzi, którzy mnie nie rozumieli, oraz oziębłość i chłód kościoła katolickiego stopniowo gasiły we mnie ogień, aż pewnego dnia doszłam do wniosku, że ‒ przynajmniej dla mnie ‒ Jezusa w kościele tym nie ma. Przestałam chodzić na msze i zaczęłam szukać gdzie indziej. Tak właśnie zaangażowałam się w religie Wschodu, gdzie mówiono mi o „Avatar" [Wcieleniu] zwanym Jezusem. Po prostu chciałam Go znaleźć, gdziekolwiek by był. Po dwóch latach jogi i medytacji zdałam sobie sprawę, że cudowny Jezus, który odwiedził mnie w moim pokoju, kiedy uczyłam się do egzaminu, nie jest obecny w tej filozofii.

Wtedy ktoś powiedział mi, że jedynym sposobem na to, by mieć z Jezusem takie spotkanie ponownie, jest pośrednictwo kogoś oświeconego oraz że przywileju takiego spotkania doświadczyło niewielu. Jeśli więc zostałam wybrana, to będą w stanie mi pomóc. Otrzymałam informację o człowieku, który faktycznie miał specjalne umiejętności. Tak właśnie zetknęłam się z potężnym okultystą, czarownikiem o wysokim poziomie intelektualnym, dobrze wykształconym w najgłębszych nurtach magii i okultyzmu.

Rozmowa z nim była fascynująca. Mówił o Bogu, wszechświecie, magicznych mocach i światach w taki sposób, że zapierało mi dech. Powiedziałam mu o moich poszukiwaniach Jezusa i Jego Królestwa oraz o tym, jak bardzo pragnęłam poznać potężnego, ponadnaturalnego Jezusa, nie martwego, wiszącego na krzyżu na katolickich ołtarzach. Czarująco uśmiechnął się i powiedział, że jest odpowiednią osobą, która rzeczywiście może mi pomóc.

Wziął Biblię i otworzył ją na trzecim rozdziale Ewangelii Jana, w którym Jezus mówi do Nikodema o narodzeniu się na nowo. Potem powiedział: „żebyś mogła wejść do Królestwa Bożego, które jest królestwem ponadnaturalności i magii, konieczne jest, byś narodziła się na nowo. Aby to osiągnąć, musimy najpierw poddać twojego ducha duchowi śmierci przez umieranie dla cielesnych i materialnych rzeczy tego świata. Nikt nie może być narodzony na nowo, póki to się nie wydarzy. Właśnie poprzez zrozumienie zasad śmierci, będziesz w stanie dotrzeć do cudownego życia Jezusa.”. Otwarta Biblia i moja desperacka nadzieja na znalezienie Jezusa wystarczyły, przy mojej niewiedzy, aby wpaść w najstraszliwszą diabelską pułapkę mojego życia.

Diabelska ceremonia

Zaplanowaliśmy ceremonię mojej inicjacji, która opierała się głównie na składaniu ofiar ze zwierząt opisanych w Trzeciej Księdze Mojżeszowej (Kapłańskiej). Osoba przechodząca inicjację musiała koniecznie zostać obmyta we krwi, co według czarnoksiężnika, reprezentowało krew przelaną w zadośćuczynieniu. Kiedy przybyłam do jego domu ubrana w mój biały ceremonialny strój, czekał na mnie odziany w długą czarną szatę z czerwonym kołnierzem; jego asystent był ubrany w ten sam sposób.

Na środku pokoju stał długi stół nakryty czarnym płaszczem. Na każdym jego rogu ustawione były świece. Statuetka Świętej Teresy, patronki śmierci, stała na przedzie stołu. Po jednej stronie znajdował się uprzednio przygotowany kominek, laski i govies (były to zamknięte ceramiczne pojemniki, miejsce, w którym mieszkały duchy pomocnicze). Laski były środkiem używanym przez ducha śmierci do komunikacji ‒ takie było wytłumaczenie czarnoksiężnika. Na drugim końcu stołu ustawiono wiele figurek świętych i statuetek Maryi dziewicy, które wyglądały tak, jakby obserwowały ceremonię. Nie przeszkadzało mi to, bo były to te same figurki, które dawniej widywałam w kościołach katolickich. Były ze mną trzy służki-dziewice. Ich rolą było pomaganie mi i dotrzymywanie towarzystwa w trakcie inicjacji.

W końcu nadszedł czas. W tle było słychać przepiękną symfonię Wagnera. Ten rodzaj muzyki jest częścią magicznego uwodzenia. Ciemna strona duchowego świata nie używa tylko hałaśliwych dźwięków rocka, ale także muzyki, która wabi zmysły, porusza każdą cząstkę duszy, wywołując wzniosłe uczucia. Te działania to część strategii wroga, by osłabić w człowieku ochronę, subtelnie penetrować i opętać nieuważne dusze. W atmosferze czuło się potężne, zniewalające wyczekiwanie, które stwarzało pragnienie dalszego uczestnictwa w ceremonii.

Czarownik zaczął przywoływać moce duchowe, które miały uczestniczyć w mojej inicjacji. Następnie, po serii zaklęć, wziął chleb oraz wino i podał mi je jako symbol paktu. Powoli zaczął się zmieniać, inna osobowość zaczęła teraz przez niego przemawiać, wciąż jednak z magiczną i subtelną fascynacją.

Potem wziął ptaki ofiarne: dwa koguty i dwa białe gołębie. Krwią kogutów obmył wizerunki świętych i Maryi, przywołując odpowiadające im imiona bogów afrykańskich, które każdy z nich reprezentował. Następnie obciął głowy gołębiom i rozlał nade mną ich życiodajny płyn. Zanim to się stało, towarzyszące mi dziewczęta wyprowadziły mnie do oddzielnego pokoju, rozebrały i owinęły jak mumię, przygotowując do ceremonii pogrzebowej. Kiedy już byłam owinięta w pogrzebowe bandaże, zaniosły mnie z powrotem do poprzedniego pokoju i położyły na stole nakrytym długim, czarnym płaszczem ‒ symbolizował on moją trumnę.

Czarownik przeszedł do czytania katolickiej liturgii pogrzebowej, przywołał ducha śmierci, aby przyszedł do mnie, następnie zakończył, mówiąc: „Ana Mendez! Spoczywaj w pokoju!”. Potem zgasił światło, tylko cztery świece otaczające moją trumnę były wciąż zapalone. Zostałam sama w pokoju z moimi dziewczętami, unieruchomiona z powodu krępujących mnie bandaży. Czułam intensywny strach, a jednocześnie doświadczałam nieznanych mi, niezwykłych emocji.

Przez długi czas jedyną rzeczą, którą słyszałam było tykanie zegara. Nagle poczułam jak niezwykła siła mną zawładnęła i natychmiast znalazłam się poza swoim ciałem, unosząc się pośrodku pokoju. W tym momencie laski, oparte o kominek powstały bez niczyjej pomocy i zaczęły delikatnie stukać o podłogę, jakby w tempie marsza. Zaskoczona patrzyłam na to z góry. Nagle z wizerunku świętej Teresy zaczęła się wyłaniać postać z czarnego dymu z rozpostartymi kościstymi dłońmi. Miała długie, postrzępione włosy i makabryczną twarz. Ostrymi szpiczastymi paznokciami utorowała sobie drogę do mojego ciała, które nadal leżało na stole. Chciałam krzyczeć, zatrzymać to, co się działo, ale nie byłam w stanie zrobić niczego ze względu na pozycję, w jakiej znajdował się mój duch. W ciągu kilku sekund, postać zatopiła się we mnie i nie mogłam jej już zobaczyć. Później inne postacie wyszły z kominka ‒ były bladozielone. One także weszły do mojego ciała.

W tej chwili mój duch powrócił do ciała. Czułam silny przepływ mocy, przechodzący przez każdą komórkę. Miałam wrażenie, że jestem naładowana jak wysokowoltowa bateria. Magnetyzm, który teraz mnie napełniał, przyciągnął laski, które ułożyły się w kształcie krzyża nad moją klatką piersiową, a szpony niewidzialnego ptaka chwyciły mój mózg. Jedna z moich panien wydała z siebie przeciągły, agonalny krzyk i powiedziała: „Oni ciągną moją duszę, zabierają mnie”. Wtedy nagle do pokoju wszedł czarownik i podczas gdy jego asystent zajął się dziewczyną, sam przystąpił do przeprowadzania moich narodzin na nowo. W symboliczny sposób naśladował akuszerkę wyciągającą dziecko z łona matki. W ten sposób ściągnął mnie ze stołu. Następnie powiedział: „Teraz narodziłaś się na nowo, urodziłaś się dla mocy magii”. Potem ochrzcił mnie nowym imieniem.

Opuściliśmy ceremonię, ale ja nie byłam już więcej sobą. Od tego dnia zostałam całkowicie opętana przez moc, która kierowała moimi krokami w świecie okultyzmu. Zostałam straszliwie zwiedziona, moja dusza była w przymierzu z diabłem. Oczywiście nikt ci nie powie, że to z szatanem zawarłeś przymierze. Będą cię przekonywać, że zajmują się białą magią, więc takie ceremonie są nieszkodliwe, a tylko naśladowcy Lucyfera zaangażowani są w czarną magię. Czarownik powiedział, że nasze przymierze zawarte zostało tylko z duchami światła, które pochodzą od tych pięknych świętych i statuetek Maryi, a ich misją jest niesienie nam pomocy w naszym codziennym życiu na tej ziemi. Stopniowo zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie była to prawda, a zdanie, które wciąż rozbrzmiewało echem w mojej głowie brzmiało: „Weszłaś już na tę ścieżkę i kiedy raz to zrobisz, nie ma już odwrotu”.

Praca dla diabła

Potem zaczęła się współpraca z czarownikiem: uprawialiśmy czary, czytaliśmy z kart i ‒ ilekroć to było możliwe ‒ wprowadzaliśmy w czary innych ludzi.

Głosy duchów, które zawładnęły mną, z czasem stawały się coraz wyraźniejsze. Duchy te były potężne, posiadały zdolność uzdrawiania chorych, przeprowadzania uwolnień. W rzeczywistości były to działania zwodnicze, bo to, co robiliśmy, było usuwaniem jednego ducha i zastępowanie go innym. Ludzie cieszyli się, wierząc, że są wolni, ale te duchy w końcu mściły się na nich.

Czarownik szybko dostrzegł moje ogromne zdolności do magii. Zaprosił mnie, bym przyłączyła się do „trójkąta mocy" wraz z inną czarownicą, która była naszą przyjaciółką. Za każdym razem ceremonie stawały się coraz potężniejsze, ofiary coraz liczniejsze, zwierzęta, które składaliśmy, coraz większe. Zaklęcia jak i również demony, które nas opanowywały, też były za każdym razem coraz potężniejsze.

W czasie pełni księżyca chodziliśmy o północy na cmentarze, aby „wyciągać zmarłych" (mówiąc w przenośni) i czynić ich naszymi sprzymierzeńcami. Wstęp do duchowego świata i wizyty posłańców w przebraniu aniołów światłości stały się naszym chlebem powszednim. Moc, która wychodziła ze mnie (moc moich demonów), była za każdym razem coraz bardziej imponująca.

Moja osobowość zauważalnie się zmieniła, a serce było pełne nienawiści do każdego. Stałam się skrajnie agresywną osobą z nieprawdopodobną siłą fizyczną, która zadziwiała nawet mężczyzn. Byłam pełna arogancji i pogardy wobec innych. Rozwinęło się we mnie pragnienie zabijania. Chwała Bogu, nigdy nikogo nie zabiłam, ale znajdowałam przyjemność w składaniu ofiar ze zwierząt. To było jak narkotyk ‒ odczucie mocy, którą wydzielały umierające zwierzęta.

Kiedy wzrastałam w poznaniu i wstępowałam na nowe poziomy okultyzmu, diabeł zaczął objawiać siebie takim, jakim jest. Na początku składał mi wizyty pod niesamowicie piękną postacią, by mnie uczyć i uwodzić, bym została jego żoną. W końcu jednak ukazał się jako potworne, odrażające stworzenie, którym w rzeczywistości był. Jego subtelność była z początku czarująca i fascynująca, potem przekształciła się w tyranię, której musiałam być posłuszna za wszelką cenę.

W razie najmniejszego oporu byłam natychmiast dręczona przez demony, które przychodziły, aby mnie biczować. Mój dom był całkowicie opętany. Duchy wchodziły i wychodziły, mieszkając w nim na stałe. Spędziłam niekończące się noce terroryzowana przez duchy, które zostały wyznaczone, by dręczyć mnie aż do wyczerpania.

Z drugiej strony zyskałam sławę, pieniądze i wpływowych przyjaciół. Zauważyłam jednak, że coś tu nie gra i że to, z czego chełpił się szatan odnośnie swojej osoby, nie jest prawdą. Byłam już w tym czasie po kolejnej potężnej inicjacji i osiągnęłam stanowisko kapłanki voo-doo i Palo Mayombe (wysoka pozycja w kubańskiej Santerii). To dało mi autorytet, by zbliżać się do wyższej satanistycznej hierarchii, a nawet do samego szatana. Mogłam prosić o wszystko, co było mi potrzebne do moich czarów; jednak były pewne rzeczy, których niezależnie od tego jak wiele ofiar i ceremonii odprawialiśmy, diabeł po prostu nie mógł zrobić.

Rozczarowanie diabelską służbą ściąga widmo śmierci

Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że cała moc, której posiadaniem się chwalił, jest ograniczona. Były miejsca, do których po prostu nie mógł wejść, i ludzie, których nie mógł dotknąć (np. ci, którzy byli przepełnieni miłością). Byłam na niego strasznie wściekła, bo w wielu wypadkach bardziej się chwalił tym, co może osiągnąć, niż faktycznie mógł to zamanifestować w rzeczywistości. Kiedy w końcu zdał sobie sprawę, że wiem o nim coś, czego nie było mi wolno o nim wiedzieć, zdecydował się mnie zabić.

Pewnego popołudnia wraz z czarownikiem pojechaliśmy na targ czarownic w Meksyku, by nabyć kilka rzeczy potrzebnych do ceremonii. Powiedział mi: „Chciałbym przedstawić cię Patronowi Nędzarzy ‒ takie imię ma duchowa moc, która panuje nad tym miejscem”. Przeszliśmy wiele zakamarków targu, aż doszliśmy do wielkiej, szklanej kopuły, która akurat była pusta. Westchnął sfrustrowany i powiedział: „Niedobrze. Zabrali go, by się pożywił” (to znaczy, że poszli mu składać krwawe ofiary). „Chciałbym, żebyś go zobaczyła, bo robi wielkie wrażenie. Ma postać dziecka bez oczu, jego oczodoły są puste, krew spływa po jego policzkach”.

Kiedy opuściliśmy targ i dotarliśmy do miejsca, gdzie był zaparkowany nasz samochód, czarownik zaczął krzyczeć: „Patrz! Patrz! Tam jest! Obok samochodu, obok ciebie!”. Nie widziałam nic koło samochodu, ale odwróciłam głowę, żeby się rozejrzeć. Ku mojemu zaskoczeniu, w miejscu, gdzie przed chwilą niczego nie było, obok drzwi samochodu, na ziemi leżał żebrak. Czarownik zaczął krzyczeć podekscytowany: „Patrz na jego oczy! To on! To Patron! Słuchaj! Chce nam coś powiedzieć.”. Byłam sparaliżowana z przerażenia, nie mogłam oderwać od niego oczu. Wydobył się z niego głos, mówiący z ducha do ducha: „Przyszedłem, aby upomnieć się o to, co należy do mnie”. Potem zniknął nam z oczu.

Zaniemówiliśmy. Obydwoje wiedzieliśmy, że chce naszych dusz w piekle, ale nie ośmieliliśmy się tego powiedzieć sobie nawzajem. Od tego dnia śmierć zawisła nad nami, jakby coś się przyczepiło do naszych ramion. Każdego dnia szatan powtarzał nam te same słowa: „Przychodzę po ciebie, twój czas się skończył”.

W ciągu tamtego roku przeżyłam najstraszliwsze ataki na moje życie. Najpierw, w czasie wojny w El Salwador, gdzie mieszka część mojej rodziny, zachorowałam tak poważnie na zapalenie płuc, że musiałam leżeć w szpitalu. Pewnej nocy, kiedy miasto było bombardowane, jeden z pocisków wybuchł tuż obok szpitala, w którym leżałam. Krótko potem, w Los Angeles, w Kalifornii, dwóch czarnych Amerykanów napadło na mnie z bronią w ręku. Zamierzali mnie zgwałcić, a potem zabić, ale ręka Boża była nade mną. Pobili mnie i zostawili na ulicy; nic więcej się nie stało. Dwa miesiące później moi napastnicy zostali złapani i wsadzeni do więzienia, ale do tego czasu zabili w tej samej okolicy siedem innych osób.

Niedługo po tym zapalił się zbiornik gazu w moim mieszkaniu. Gasiłam ogień kocem i własnym ciałem, podczas gdy diabeł krzyczał: „Teraz umrzesz!”.

Potem w Mexico City było straszliwe trzęsienie ziemi. Sięgało 8 stopni w skali Richtera i ponad 300 000 ludzi zginęło. Moje mieszkanie znajdowało się w strefie kataklizmu, gdzie setki budynków uległy zniszczeniu. Kiedy próbowałam ratować ludzi uwięzionych pod gruzami, budynek eksplodował ‒ odrzuciło mnie do tyłu, jednak ogień mnie nie dotknął; jeszcze raz doświadczyłam Bożej ręki nad moim życiem.

Głos diabła stawał się coraz silniejszy i częstszy: „Przychodzę po ciebie, należysz do mnie i umrzesz”. Za każdym razem napięcie było coraz większe. Wykańczały mnie własne nerwy wraz z demonami mieszkającymi we mnie. Moje zdrowie zaczęło się pogarszać i zaczęły mnie dopadać silne załamania nerwowe.

Zdecydowałam się polecieć do Puerto Rico, aby odpocząć. Właśnie wtedy gwałtowna burza zniszczyła górę blisko miejsca, w którym byłam. Po raz kolejny znalazłam się przywalona gruzami w otoczeniu martwych ciał. Cierpiałam na częściowy bezwład mięśni twarzy spowodowany pogarszającą się kondycją psychiczną i ciągłym napięciem.

Tamtego roku doświadczyłam bólu w skrajnej postaci. W końcu zrozumiałam, że dusza zostaje znieczulona, gdy cierpienie osiąga przełomowy punkt. Czułam się jakbym była rozdzierana na kawałki. Używam słowa „rozdzierać", ponieważ dosłownie czułam szpony rozdzierające mnie od wewnątrz na kawałki. Znalazłam się wtedy w stanie otępienia i przez długie okresy czasu nic nie czułam, aż do momentu, gdy ból powracał, za każdym razem jeszcze silniejszy.

Diabeł wtrącił mnie do najgłębszych komnat piekła, gdzie widziałam zgubione dusze, bite i palone ku radości swych oprawców. Pewnego razu weszłam do tunelu śmierci, gdzie starały się mnie zatrzymać tysiące bezcielesnych istot z absurdalnymi twarzami, wykręconymi desperacją i bezsilnością ‒ było to miejsce wiecznej ciemności. Bardzo dobrze znam znaczenie słowa ciemność. Jest ona wtedy, kiedy w życiu nie ma już dłużej ani jednego promyka nadziei, kiedy nie ma ucieczki od opresji, samotności czy smutku.

Próba samobójcza

Wróciłam do Meksyku, żeby powstrzymać tę udrękę, ale nic z tego! Znalazłam się w środku potężnego ataku. Żyjące we mnie demony obróciły się przeciwko mnie, próbując zabić raz na zawsze. Zażarta bitwa toczyła się wewnątrz mnie. Nie mogąc jej już znieść, usiłowałam odebrać sobie życie, podcinając żyły.

Straciłam wiele krwi, zanim moja siostra bliźniaczka znalazła mnie w moim mieszkaniu i zabrała do szpitala. Kiedy leżałam na ostrym dyżurze, walcząc o życie, stało się coś nieoczekiwanego. Zaczęła zstępować na mnie pełna chwały obecność, a spośród niej odezwał się głos: „Twój Ojciec Niebieski nie zamierza cię opuścić”. To była ta sama światłość, którą widziałam, kiedy Jezus odwiedził mnie po raz pierwszy. Kiedy środki uspokajające, które mi podano, podziałały, otoczył mnie nieopisany spokój. Byłam nieprzytomna ponad 48 godzin.

Obudziłam się na oddziale psychiatrycznym szpitala, w odległym, okratowanym budynku, wypełnionym pacjentami chorymi psychicznie. Nie byłam wyjątkiem, byłam jedną z nich, a mój stan był bardzo zły. Pamiętam moją matkę stojącą u stóp łóżka, gdy po raz pierwszy otworzyłam oczy.

Pierwsze słowa, jakie wypowiedziałam, brzmiały: „Mamo, na tym miejscu nastąpi potężna manifestacja mocy Bożej, ona zmieni całe nasze życie”. Moja mama, kompletna ateistka i zwolenniczka Nietschego, pomyślała, że to wszystko jest częścią halucynacji i nie zwróciła na mnie wtedy uwagi.

Po kilku badaniach lekarz stwierdził, że mój stan jest bardzo poważny i że na pewno muszę zostać w szpitalu przez dłuższy czas. Ale Boże plany były inne. Kilka dni później przyszła zobaczyć się ze mną moja ukochana ciotka, Gloria Capriles. Minęło wiele lat od chwili, kiedy widziałam ją po raz ostatni. Była piękną, słodką kobietą pełną miłości i współczucia. Powiedziała mi o człowieku, przez którego jej życie się zmieniło i dodała, że chciałaby go przyprowadzić do szpitala, abym się z nim spotkała. Zgodziłam się, ale bardziej z ciekawości niż z wiary, że może mi pomóc.

Jezus zbawia!

Następnego dnia przyszła z chrześcijańskim pastorem o niebieskich oczach (zapomniałam o tym drobnym szczególe z mojego pierwszego spotkania z Jezusem w otchłani mojego szaleństwa). Słuchałam uważnie, kiedy mówił mi o zbawieniu. Coś we mnie nie przestawało mówić, że każde słowo, które powiedział, jest prawdą.

Pomimo wszystko, moją reakcją był gorzki płacz przepełniony smutkiem. Powiedziałam mu: „Straszne rzeczy mi głosisz ‒ zbawienie mojej duszy. Wiem, że wszystko, co mówisz, jest prawdą, ale mimo to nie mogę przyjść do Jezusa i oddać Mu życia. Zawarłam przymierza, które są nie do złamania. Jeśli spróbuję je zerwać, wyswobodzę diabelski gniew przeciwko mojemu życiu”.

W chwili mojej głębokiej rozpaczy ten sługa Boga przerwał mi i powiedział: „To nieprawda! Słowo Boże mówi: Jeśli wyznajemy swoje grzechy, On jest wierny i sprawiedliwy, by przebaczyć nam nasze grzechy i oczyścić nas z wszelkiej nieprawości (1 Jana 1:9 – przyp. red.). Krew Jezusa łamie każde przymierze! Jezus, nasz Pan, umarł za ciebie, żeby uwolnić cię z łańcuchów diabła!”.

Te słowa wywołały wewnątrz mnie potężne trzęsienie ziemi, podczas gdy Duch Święty niewątpliwie wykonywał głęboką pracę w mojej duszy. „Co muszę zrobić, aby przyjąć Jezusa do mojego serca?” ‒ spytałam z płaczem i głęboką tęsknotą za moim ukochanym Jezusem oraz za tym, by mógł On wreszcie uciąć ten niekończący się koszmar. Pastor odpowiedział: „Pokutuj i poproś Go, żeby zamieszkał w twoim sercu. Powiedz Mu, że chcesz, aby stał się twoim Panem i Zbawicielem.”.

Słowo „pokutuję” było najcięższym i najtrudniejszym słowem, jakie mogłam musieć wypowiedzieć. Nagle Duch Święty zstąpił na mnie z takim przekonaniem o grzechu, że złamało mnie poczucie nieskończonego bólu i wstydu. Ta pokuta intensywnie oczyszczała moje sumienie.

Wylewałam swoją duszę przed Bogiem, prosząc o Jego miłosierdzie. W czasie tej głębokiej i szczerej modlitwy Duch Święty usunął zasłonę z moich oczu tak, że byłam w stanie wyraźnie zobaczyć kłamstwo, w którym diabeł mnie trzymał. „Przebacz mi Panie, przebacz mi!” ‒ szeptałam. Straszliwym doświadczeniem było zobaczyć siebie, okropną istotę, którą byłam, z perspektywy Jego czystego piękna. Nikt nie mógł się czuć w tej godzinie bardziej brudnym i podłym ode mnie. Szczerze tęskniłam, by poczuć Jego nieskazitelną dobroć i odrzucić wszystko, co oddzielało mnie od Jego światłości.

Demony gniewu i zniszczenia poderwały się we mnie. Rozdzierająca walka toczyła się w całej mojej istocie. Desperacko krzyczałam z głębi siebie: „Panie, wyrwij ze mnie te robaki, one mnie pożerają!”. Wyznawałam swoje grzechy bez udawania czy tuszowania czegokolwiek. Gorzko płakałam z głębi duszy. Wyraźnie zobaczyłam siebie: jak służyłam diabłu i jak każdy mój czyn przybijał Jezusa do krzyża. Każdy mój grzech był konfrontowany z Jego sprawiedliwością i świętością. Otoczona Jego Obecnością zrozumiałam, jak bardzo On mnie pokochał. Dał swoje życie za mnie, nie zwracając uwagi na to, co zrobię. Nikt nie był tak niegodny Jego łaski, miłosierdzia i przebaczenia jak ja! Boża obecność była potężna! Czułam się jak brudny robak w obliczu Jego boskości. Kiedy wyznawałam grzechy, pochłaniał mnie i trawił wewnętrzny ogień. Zasługiwałam na śmierć i karę raczej niż na odpuszczenie grzechów, którego „pretensjonalnie” chciałam. Wołałam: „Panie, jestem niegodna, żebyś mnie wysłuchał. Kto inny poza Tobą jest w stanie zmiłować się nade mną? Mój Ojcze, umieram. Jestem całkowicie złamana, a moje serce jest rozszarpane na kawałki!”.

Wtedy poczułam, jak zaczyna mnie wypełniać Jego miłość ‒ On faktycznie mi przebaczał. Nie mogłam uwierzyć, że tak potężna miłość istnieje. On miał dla mnie litość i współczucie! Dla sługi diabła! Wykrzyknęłam z całej swojej siły i z głębi swego wnętrza: „Dziękuję Ci, Jezu! Wejdź do mojego serca i weź mnie za rękę tak, abym Cię nigdy nie opuściła, bądź moim Panem i Zbawicielem!”.

Kiedy skończyłam mówić te słowa, pastor położył swoje ręce na mojej głowie i powiedział: „Panie, błagam Cię, oczyść swoją córkę, Anę, z wszelkiej niegodziwości, jakiej się dopuściła i złam każde przymierze, które zawarła z diabłem”. Potem miałam wrażenie, że widzę Jezusa przybitego do krzyża, mówiącego mi, że przecierpiał to wszystko, ponieważ mnie ukochał, a teraz pragnie mojego odkupienia. To było tak realne, że mogłam Go niemal dotknąć. Widziałam Jego krew, która spływała z krzyża, Jego ciało, gdy wziął na siebie ciężar grzechu całego świata. Przelał swoją krew, aby dać mi życie, podczas gdy ja przelałam swoją krew dla samozniszczenia.

Pastor kontynuował modlitwę: „proszę też, by każdy nikczemny duch wyszedł z niej teraz i żeby Duch Święty spoczął na niej”. Na te proste słowa i dokładnie w tym momencie poczułam jakby światłość spadła na mnie z nieba, zrywając łańcuchy, które trzymały mnie w niewoli. Czułam jak pancerz cierpienia i udręki, który mnie gnębił, rozpadł się na tysiąc kawałków. Niezwykle piękne światło wypełniło pokój i poczułam raz jeszcze cudowną dobroć, z którą Jezus przyszedł do mnie za pierwszym razem. Czułam się jak ptak, jakbym mogła latać. Radość i pokój wypełniły moje serce ‒ byłam przekonana, że Jezus całkowicie mnie uwolnił.

Podczas pobytu w szpitalu, Boża obecność była niezwykle silna nad moim życiem. Pierwszą rzeczą, którą powiedział mi Duch Święty, było to, żebym w najmniejszym stopniu nie myślała o powrocie [do starego życia], bo szatan jest na mnie wściekły z powodu mojej decyzji pójścia za Jezusem. Wcale mnie to nie przeraziło, ale za to wypełniło Bożą gorliwością i zdecydowałam się wypowiedzieć wojnę wrogowi aż do końca. Chciałam odebrać mu każdą duszę, którą tylko mogłam. Rzucać światło na każde jego kłamstwo, uwalniać jeńców i służyć Bogu z całego swojego serca.

Byłam głęboko wdzięczna za moje zbawienie. Jak prawdziwe są słowa Jezusa: „Ci, którym wiele przebaczono, bardziej miłują”. Było jednak coś, co wciąż chodziło mi po głowie, czego nie mogłam pojąć. „Jezu” ‒ pytałam Go w duchu ‒ „przyszedłeś do mnie, kiedy miałam 18 lat, i wiedziałeś, że szaleńczo zakochałam się w Tobie. Byłam prześladowana z powodu Twojego imienia. Gdybyś po prostu wysłał posłańca z małym traktatem ewangelicznym, całkowicie poddałabym się Tobie i służyła Ci. Panie, dlaczego nie posłałeś nikogo w ciągu tych 11 lat, aby pokazał mi Twoje drogi? Dlaczego pozwoliłeś mi wpaść w ręce szatana? Dlaczego pozwoliłeś mu oszukać mnie w tak przebiegły sposób? Dlaczego musiałam przeżyć te upiorne, przerażające doświadczenia w rękach szatana, skoro wiedziałeś, że szukałam Ciebie i kochałam?”. Raz jeszcze Jego miłość ogarnęła mnie i przemówił do mojego serca: „Doświadczenie diabelskich głębin było ci potrzebne dla planu, jaki mam dla twojego życia. Nigdy cię nie zostawiłem ani nie porzuciłem, ani też nie pozwoliłem, by szatan cię zabił, jak zamierzał. Chciałem, żebyś poznała jego słabości i ograniczenia. Byś pozbyła się strachu przed nim i poznała słabe punkty jego sług. Przeszłaś to wszystko, ponieważ zamierzam używać cię potężnie, aby wyswobadzać miasta i narody oraz niszczyć dzieła diabła”.

Ta historia jest znacznie dłuższa i bardziej dramatyczna, niż jestem w stanie ją tutaj opisać, ale mogę powiedzieć, że od dnia mojego zbawienia królestwo ciemności wiele razy doznało wstrząsów i klęski.

Widziałam diabła kilka razy. On wie, że ja wiem, że nie ma on żadnej mocy. To my – chrześcijanie w Chrystusie – mamy prawdziwą moc. Przekonałam się, że najbardziej boi się on ciebie wtedy, kiedy zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że on został już pokonany. Wówczas stajesz się jego wrogiem, przed którym drży.

Udostępnij

Podążaj za nami na Facebook'u